ZAUWAŻENIE SIEBIE (NIE TYLKO W MACIERZYŃSTWIE)

Artykuł gościnny – Autorka: Aleksandra Przybylska

Dzień zaczął się miło. Flanelowa kołdra, pod nią sporo ciepła. Śpiące buzie, słodkie usta jak małe trąbki. Kręgosłup nie boli, włosy jeszcze na tyle świeże, że dzisiaj jeszcze nie trzeba myć. Potrzeba łatwości zaspokojona. Wstaję, łóżko skrzypi, stawianie stóp na podłodze budzi skojarzenia z morsowaniem. Podchodzę do okna, odsuwam zasłony. Za oknem śnieg z kategorii tych chrupiących pod stopami – wygląda dobrze, kiedy się go ma pod podeszwami śniegowców, trochę gorzej kiedy na drodze zamienia się w coś podobnego do szkła.

Idę do kuchni, parzę kawę. Boję się, że cisza za chwilę się skończy, a dzień ruszy pełną parą, prosto na mnie. Chcę odwlec ten moment.

Jestem chwilę w moim sercu, w tej ciszy. Kiedy wracam do sypialni i budzę Starszego, który kocha spać, czuję że coś mu zabieram, a to że budzę go osiem razy w ciągu piętnastu minut, otwiera klatkę z moją bezsilnością. Budzę Malutkiego, mam poczucie winy wobec tych ciepłych stópek, które zaraz zapakuję w zimowe buty, a które on z takim uporem wytrwale uwalnia ze skarpet niezliczoną ilość razy.

Podobno poczucie winy to złość połknięta do środka. Myślę, na kogo się złoszczę. Na razie nie umiem tego określić. Jadę więc dalej, pakuję śniadaniówkę, znów zakładam skarpety, myję zęby, znów zakładam skarpety, szukam rękawiczek, znów zakładam skarpety, zmieniam mokrą koszulkę, która przed chwilą była sucha i… zakładam skarpety.

Znowu jesteśmy na ostatnią chwilę. Starszy musi biec sprintem do szkoły, Malutki i tak nie ma rękawiczek.

Poczucie lekkości prysnęło, ciepło spod kołdry poszło w zapomnienie.

Znasz to? Ja znam, aż za dobrze.

Co teraz?

Czy to o mnie świadczy? Zupełnie nie. To, co ktoś o mnie myśli, nie jest o mnie. Moje dzieci nie są o mnie. Nawet to, jak się zachowuję i co myślę, nie jest o mnie. Myśli to tylko myśli, niech sobie płyną. Ja decyduję, co mnie definiuje. Wiem, jaka jestem w środku. To, czy poprasowałam dzieciom ubrania, nie określa tego ani trochę. Określa mnie to, co w sobie widzę, a mogę widzieć dobro.

Mam dni, w których myślę o sobie najgorzej jak się da. Zwykle, kiedy bilans godzinowy snu nie wypada korzystnie, a po drodze wpada jeszcze kilka mniejszych lub większych problemów. Wtedy stoję nad sobą z wielką linijką i biję się po łapach, jak w szkole 50 lat temu bywało. No bo jak pedagog może mieć “niegrzeczne” dzieci? Skoro zajmuję się zawodowo byciem z najmłodszymi, to jak mogę nie ogarniać w domu tego pola?

Ano mogę. I chcę. Bo jeżeli moje dzieci są w stanie wejść mi na głowę, to oznacza, że teraz są w moich ramionach. I niech sobie na tej głowie nawet gniazdo uwiją.

Dbać o siebie to widzieć siebie

Wydawało mi się, że mam w sobie części nie do pogodzenia. Macierzyństwo i muzykę z mocnym basem. Wiarę i powątpiewanie. Potrzebę porządku i bajzel w mieszkaniu. Dobre i złe strony. Tymczasem nie ma we mnie dobrych i złych. Chyba nie ma nawet stron, bo to by oznaczało, że gdzieś mniej więcej w połowie jest granicą, która mnie dzieli. Jestem po prostu ja, cała ja. Kawałki mnie, którym ja nadaję ważność. To wszystko, co we mnie, jest warte przytulenia. Ciekawi mnie podejście, w którym kobiety uważają, że dbanie o siebie to wizyta u kosmetyczki, masaż albo kawa z przyjaciółkami. Jasne, fajnie to mieć. Mogę jednak dbać o siebie, nawet nie mając dla siebie czasu. Bo mogę widzieć siebie. Zauważać swoje potrzeby. Nazywać emocje. Decydować i wybierać to, co bardziej mi służy. Nie jeść do końca tej zupy, która mi nie smakuje, i nie uczestniczyć w rozmowie, która mnie dobija. Ćwiczyć swój mięsień decyzyjny, a przy okazji umacniać swoje poczucie sprawczości – to, które po kawałeczku odkrywa przede mną, że chcę, mogę i mam wpływ. Mam wpływ na siebie, najmniejszy i największy jaki można mieć. Nie po to, żeby się trenować, ulepszać i podciągać. Po to, żeby docenić swoje starania i to, że robię, co mogę z tym, co mam.

 Utulenie siebie

“Nawet jeśli Twoje potrzeby nie zostały zaspokojone kiedyś w wystarczającym stopniu, możesz jako dorosły sam uzupełnić te braki. Możesz zbudować poczucie własnej wartości , pokochać siebie, poczuć się bezpiecznie. Masz do tego prawo.” (Agnieszka Wróbel) [1]

To piękne odkrycie, że mogę dla siebie być utuleniem. Jest niewiele rzeczy, które chciałabym nauczyć moje dzieci – ufam, że same siebie znajdą. Wśród tych rzeczy jest jednak przeświadczenie, że są warci miłości zawsze i wszędzie – na moje przywiązanie nie muszą zasługiwać. Mówienie o poczuciu własnej wartości jest ważne, ale daleko więcej wnosi przykład. Przykład rodzica, który zauważa siebie i uczy się siebie kochać. Łatwo zatracić siebie w macierzyństwie, zgubić tę cienką kreskę, gdzie kończy się opiekowanie, organizowanie i zarządzanie, a zaczynam się ja. Mogę ją przesuwać, zmieniać i poprawiać, ale chcę żeby ta linia była zawsze widoczna. Podoba mi się stwierdzenie, że “rodzina jest maszyną służącą do radzenia sobie z niepokojem” [2] – widzę rodziców, dzieci i ich emocje jako zachodzące na siebie trybiki. Co istotne, nie chcę, żeby dzieci czuły się odpowiedzialne za smarowanie moich śrubek ani za nakręcanie maszynerii o odpowiedniej godzinie. Potrzebne jest więc zaznaczenie mocną krechą, gdzie zaczynam się ja. Stąd moje uczenie się zauważania samej siebie i wewnętrznego utulenia.

Dla mnie szklanka nie jest ani do połowy pełna, ani do połowy pusta. Po prostu mam szklankę i wodę, decyduję więc, co mogę z nią zrobić, albo po prostu daję jej postać, bo tak chcę i na to teraz mam zasoby. To nie szklanka decyduje, nie okoliczności. Szukam wartości w małych momentach, bo “sensu się nie znajduje, sens się tworzy.” [3] Maleńkie decyzje tworzą mój dzień, a dni tworzą życie.

Dokonywanie codziennych małych wyborów pozwala mi poznać siebie i to, czego chcę. Nie chcę już szukać potwierdzenia mojej wartości w oczach innych ludzi, bo to zawodne lustra. Wybieram bycie przy sobie i kibicowanie sobie, bo do końca życia ja będę tym człowiekiem najbliżej mnie. Chcę to wykorzystać, żeby się wspierać. Mam w sercu marzenie, żeby każda mama miała w samej sobie wsparcie, bo to z zewnątrz bywa zmienne i niewystarczające. Przez całą rodzicielską drogę dobre rady i nieproszone refleksje można napotkać na każdym zakręcie, nie zawsze dobrze człowiekowi robią. Mimo tego mogę czuć się wystarczająca tu i teraz, nie dokopując sobie i dając sobie prawo do przeżywania wszystkich emocji. Nie da się być bliżej mnie, niż jestem ja sama – przytulę więc siebie tak mocno, aż w oczach zobaczę łzy. Łzy czułości dla samej siebie.

***

 

PS marzec 2022

Pisząc ten artykuł w styczniu, nie przypuszczałam, że świat pod koniec lutego będzie innym, mniej przyjaznym, miejscem.

Teraz jednak uważam, że tym bardziej dbanie o siebie zyskało na znaczeniu. Danie sobie prawa do wszystkich emocji. Radości, że jesteśmy razem, że piję ciepłą kawę i kupiłam sobie coś nowego. Złości, że dzieje się coś tak bezsensownego i okrutnego. Emocje nie podlegają cenzurze – mogę złościć się na każdego, naprawdę każdego człowieka na świecie. Złość nie równa się z nienawiścią. Złoszczę się na mojego męża, bo zostawia skarpety pod łóżkiem albo zapomina o czymś, o co go prosiłam. Kocham go w tym samym momencie, bo drapie brodą po czole, kiedy mnie przytula, a kiedy śpię rozkopię się z pościeli, wtyka kołdrę pode mnie, tak że wyglądam jak szczelny kokon. To, że się złoszczę nie oznacza, że przestałam go kochać. Mam prawo się złościć, on też. Zdrowo jest określić co czuję, dlaczego i do kogo. Nawet nie muszę krzyczeć, ba! wypowiadać tego na głos. Wystarczy, że wiem.

Jestem trochę w sercu przerażonych ludzi, którzy muszą uciekać. Trochę w sercu polskich rodziców, którzy zastanawiają się, co mówić swoim dzieciom, kiedy sami nie wiedzą, czy sami wkrótce nie podzielą losu Ukraińców. I trochę w sercu chorego z nienawiści prezydenta, który z jakiegoś niekochania stworzył sobie misję, w której musi rozciągnąć granice swojego kraju do historycznych miejsc, albo jeszcze dalej.

Mogę się bać. Mogę działać. Mogę się złościć. Mogę pakować paczki dla Sąsiadów. Mogę leżeć zawinięta w koc ze strumieniami gorących łez na policzkach. Człowiek nie jest tylko-zły lub tylko-dobry. Zmieści się we mnie radość, wściekłość, wstyd i rozbawienie, odwaga i lęk. Moje serce jest pojemne. Twoje też.

 

Autorka:

Ola Przybylska – prywatnie: człowiek, kobieta, mól książkowy, żona ulubionego Męża i mama dwóch cudnych Synów, zawodowo: pedagog, nauczyciel- wychowawca, absolwentka pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej oraz opiekuńczo -wychowawczej, w trakcie Szkoły Trenerów Treningu Psychologicznego i Socjoterapii

e-mail: aleksandraa.przybylska@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Instagram